Kuchnia

0 619

Dziś dowiecie się, dlaczego kocham Szkocję. Nie, spokojnie nie będę tu opisywać historii tego kraju ani zanudzać was szczegółami na temat fauny i flory. Dziś na celowniku będzie haggis. Tradycyjna szkocka potrawa, która w przyjezdnych wywołuje zazwyczaj odruch wymiotny, ciarki na całym ciele i niemiłosierne skrzywienie twarzy. Abyście wiedzieli z czym to się

made in scotland stamp

Dziś dowiecie się, dlaczego kocham Szkocję. Nie, spokojnie nie będę tu opisywać historii tego kraju ani zanudzać was szczegółami na temat fauny i flory. Dziś na celowniku będzie haggis.

Tradycyjna szkocka potrawa, która w przyjezdnych wywołuje zazwyczaj odruch wymiotny, ciarki na całym ciele i niemiłosierne skrzywienie twarzy.

Abyście wiedzieli z czym to się je, a raczej z czym się tego nie je, załączam fragment książki „Traditional scottish recipes” autorstwa Eleanor Cowan, którą nabyłam ostatnio w Edenburgu.

Young man pointing to a landmark backpackers in the city

Oto co piszą o haggis:

 

„Byłoby nieuczciwym nie przyznać, że znacznie prościej jest kupić dobrej jakości haggis w dowolnym supermarkecie (to z MacSween’s uważane jest za najlepsze), niż przyrządzić je według tradycyjnego przepisu z owczego żołądka, płuc, serca i wątroby. Również nieuczciwym byłoby stwierdzenie, że w dzisiejszych czasach kupno owczego żołądka jest łatwe. Ale która szkocka książka kucharska byłaby kompletna bez tradycyjnego przepisu na naszą narodową potrawę? Niektórzy ludzie, którzy nigdy nie kosztowali haggis na samą myśl o nim dostają drgawek, zwykle zarezerwowanych dla kuchni mongolskich nomadów.

Nie daj się wystraszyć raczej średniowiecznym sposobem przyrządzania składników, bowiem ta ostra, pyszna, aromatyczna kiełbasa jest warta swego tytułu „Wielkiego Wodza wszystkich puddingów”. Większość krajów posiada swoje własne wersje kiełbas, lecz sława haggis jako szkockiego przysmaku, a zarazem naszej narodowej potrawy prawdopodobnie wzięła się z popularności Roberta Burnsa oraz jego wiersza „Oda do Haggis”. 25 stycznia na całym świecie świętuje się Noc Burnsa, a żadna Noc Burnsa nie może się obejść bez haggis.

Poniższy przepis jest zaczerpnięty z książki „Cook and Housewife Manual”, autorstwa Margaret Dods, po raz pierwszy wydanej w 1826 r. Margaret Dods to pseudonim autorski Christian Isobel Johnstone, pisarki i redaktorki (1781 – 1857). Początkowo książka była uznana za literacki żart, ponieważ Johnstone wzięła zapożyczyła swój pseudonim od fikcyjnej gospodyni domowej z książki Sir Waltera Scotta – „Saint Ronan’s Well”. Jednakże poprawiona wersja książki z 1829 r. została uznana za użyteczny poradnik pani domu.

Do mieszanki mięsnej najlepiej dodawać przyprawy stopniowo, następnie usmażyć niewielką jej ilość na patelni i skosztować.

 

Składniki:

  1. żołądek, serce, wątroba i płuca owcy
  2. 4 lub 5 cebul
  3. 2 kubki dobrze zmielonych prażonych płatków owsianych
  4. 450 g łoju wołowego
  5. pieprz
  6. sól
  7. ostra papryka
  8. jus wołowy
  9. sok z jednej cytryny

 

            Dokładnie umyj żołądek i wywróć go na „lewą stronę”. Opłucz go gorącą wodą i obierz nożem. Najlepiej potem zanurzyć żołądek na noc w osolonej wodzie.

            Po umyciu serca, wątroby i płuc, przebij serce i wątrobę tak, by wypłynęły z nich resztki krwi, a następnie podgotuj je (organy powinny cały czas być ze sobą połączone), w taki sposób, by tchawica wystawała z garnka. Po kilku minutach zmień wodę na świeżą. Gotuj organy przez pół godziny, a następnie wyjmij je z garnka. Przetnij wątrobę na pół, odciętą połówkę wrzuć z powrotem do garnka. Usuń chrząstki. Potnij serce, płuca i wątrobę w bardzo drobne kawałki (dzisiaj najwygodniej byłoby użyć robota kuchennego). Zmieszaj mięso z dwoma kubkami prażonych płatków owsianych, cebulami i z 450 g łoju wołowego. Utrzyj pozostałą połowę wątroby i zmieszaj z pozostałymi składnikami.

            Przypraw mięso i przygotuj się do nadziewania żołądka. Umieść mięso w żołądku i wlej do środka jus wołowy; uważaj, by nie nalać go za dużo, bo żołądek może pęknąć. Poczekaj, aż płatki owsiane nasiąkną. Dodaj soku z cytryny i ostrożnie zawiąż żołądek, uważając, by nie uwięzić w środku zbyt dużej ilości powietrza. (Ten przepis jest na bardzo dużego haggis. Dobrym pomysłem jest podzielenie mieszanki na dwa lub trzy haggis.)

            Ciecz, w którym gotowały się organy jest idealnym tłuszczem do gotowania haggis. Umieść haggis oraz ciecz w dużym garnku i zacznij gotować. Gdy haggis zacznie puchnąć, nakłuj go i gotuj przez kolejne 3 godziny.”

Tak jest haggis sprzedawany

DSC_0050

A tak wygląda zawartość puszki

DSC_0051

Dla mnie brzmi to pasjonująco i z chęcią bym poasystowała jakiemuś szefowi kuchni w przygotowaniu tej potrawy, jednak większość turystów przybyłych w okolice szkockie nie podziela mojego entuzjazmu.

Na szczęście Szkoci – naród zaradny, mądry i dowcipny – z takimi drobiazgami radzą sobie od ręki. Gdy wchodzisz do szkockiej restauracji możesz zauważyć, że przy pozycji „haggis” często występuje dopisek „świeżo złapany”… zaintrygowana postanowiłam dowiedzieć się, o co chodzi.

Otóż chodzi o to, moi mili, że panowie w spódnicach poszli na całego i stworzyli historię, jakoby haggis był zwierzęciem. Można je porównać do skrzyżowania chomika, świnki morskiej i małego bobra. Małe haggisy biegają sobie dookoła szkockich gór, zawsze w tym samym kierunku, ponieważ natura obdarzyła je dwiema krótszymi nogami po jednej stronie ciała i dwiema dłuższymi po drugiej, więc bieganie w odwrotna stronę nie jest możliwe…

Istnieje teoria że haggis występuje w dwóch rodzajach, pierwszy – posiadający krótsze nogi po lewej stronie, a dłuższe po prawej i drugi – który po lewej stronie ma dłuższe nogi, a po prawej dłuższe, czyli na odwrót. Dzięki temu jak panu haggis i pani haggis przetną się drogi (po przecież biegną w dwóch kierunkach) mogą wtedy zadbać np. o przetrwanie gatunku.

Historia świetna – kupiłam ją od razu, uwielbiam takie poczucie humoru, ale to nie wszystko; w sklepach z paniątkami możemy kupić maskotkę – haggis.

I w taki oto sposób z czegoś obrzydliwego można stworzyć coś uroczego. Ech, czuję że w poprzednim wcieleniu byłam Szkotką…

DSC_0049

0 491

Risotto to nic odkrywczego – ot, zwykła potrawa na poziomie trudności: łatwy. Co więc sprawia, że jest tak lubiana? Zapewne to, że możemy przyrządzić je w różnych wariantach smakowych, w zależności od dodatków. Risotto syci, a na upartego nadaje się też jako potrawa na wynos, np. do szkoły, pracy czy uczelni.  Możemy je jeść na ciepło, ale również zimno, więc gdy nie mamy jak go podgrzać, tragedii nie ma. Jest kolorowe, co czyni je idealną potrawą dla dzieciaków, bowiem możemy przemycić w niej mnóstwo warzyw zawierających witaminy. Czy mam wymieniać dalej? :)

Oto risotto w wersji bardzo kolorowej, bardzo prostej i bardzo smacznej.

Ilość porcji: 8

500gr ryżu do risotto

3,5 szklanki bulionu warzywnego

1 papryka żółta

1 papryka zielona

1 papryka czerwona

1op groszku mrożonego (400gr)

250gr pieczarek

1 mała cebula

1 ząbek czosnku

250gr pomidorków cherry (u mnie niestety zwykłe, leń – nie poszłam do sklepu…)

Sól, pieprz do smaku

Tłuszcz kokosowy (ale może być też zwykły olej rzepakowy)

DSCF1146-958x1024

Co z tym wszystkim zrobić?

Ryż przesmażamy na tłuszczu i gdy ziarenka zrobią się przeźroczyste, zalewamy je bulionem. Gotujemy pod przykryciem na małym ogniu ok 20 min, lub tyle, ile podano na opakowaniu. Cebulę kroimy w drobniutką kostkę, czosnek przeciskamy przez praskę i wszystko podsmażamy na patelni. Osobno obrane i pokrojone w plasterki pieczarki również podsmażamy. Tak samo postępujemy z pokrojonymi w kostkę paprykami, gdy zmiękną dodajemy do nich przekrojone na pół pomidorki (można zostawić kilka do ozdoby) i chwilę jeszcze podsmażamy.

Tak przygotowane składniki po kolei dodajemy do ryżu i delikatnie mieszamy (nie chcemy mieć papki!). Całość doprawiamy solą i pierzem do smaku i to wszystko! Prawda, że banalne?

0 448

Dziś mam dla was lekki post o kilku nowych produktach, które sprawiłam sobie w ostatnim czasie. Uwielbiam testować nowe rzeczy w kuchni, a te dodatkowo bardzo cieszą oko i są zdrowe. Oczywiście, jak można się spodziewać, niedługo pewnie zaczną się pojawiać przepisy z wykorzystaniem niektórych z nich.

DSCF1061-1024x768

Fasola czarne oczko

Kupiłam ją, ponieważ uwielbiam fasolę… a ta jest niezwykle ładna… (eh te baby ;p )

Fasola adzuki

Fasola o pięknym kolorze, niezwykle bogata w biało. Jest źródłem wapnia, kobaltu i żelaza, dlatego uwielbiają jak wegetarianie. Podobno oprócz typowego „fasolowego” zastosowania dobrze sprawdza się w deserach. Myślę, ze będzie pięknie wyglądać na każdym talerzu.

Fasola mung

Green is good! Kolejne źródło roślinnego białka. Wyczuwam sałatkę :) .

DSCF1070-1024x768

Tapioka

Oczywiście osiołkowi w żłobie dano… nie mogłam się zdecydować na jeden rodzaj, więc z koleżanką kupiłyśmy opakowanie zwykłej oraz zielonej i podzieliłyśmy się po połowie. Zamierzam ją mocno eksploatować – głównie do deserów i innych słodkości podawanych w chłodnych temperaturach. Jednym słowem – przygotowuję się do lata.

DSCF1073

Agar

Substancja żelująca dla wegetarian (czyli dla mnie). Czasami jest bardzo przydatna w kuchni. Oczywiście, nieco różni się od typowej żelatyny spożywczej.

Pomidory mielone

Uwielbiam pomidory (dorzucam je z chęcią do wielu potraw), zarówno te świeże, jak i z puszki, przeciery, suszone czy w zalewach – teraz czas przetestować i te.

Spirulina

Czyli glon z mnóstwem dobroci w środku, zawiera m in witaminy A, B, C, D, K, magnez, beta-karoten i oczywiście białko… (w ilości praktycznie równej mięsu); dobrze sprawdza się jako dodatek do koktajli, do ciepłych potraw szczerze odradzam używać. No i oczywiście ma zastosowanie kosmetyczne jako maseczka.

DSCF1030-1024x768

0 429

Jak można było zauważyć w poprzednim poście, z nietolerancją pokarmową da się żyć. A wszystkożercy mogą spokojnie mieszkać pod jednym dachem, nawet z weganami. Nie jest to proste, ale jak najbardziej możliwe. W tym roku powstał pewien problem właśnie ze względu na gluten. Co z chlebem? Dostępny chleb bezglutenowy jest obrzydliwy, torcinowaty, szczelnie pakowany, o kilkumiesięcznej przydatności do spożycia – koszmar, strach to dotykać, a co dopiero jeść. Wafle ryżowe może i sprawdzają się na co dzień, jednak nie wyobrażałam sobie ich na wielkanocnym stole. Dlatego postanowiłam w tym roku stworzyć chleb sama. Moje doświadczenie jeśli chodzi o pieczywo obejmuje tylko to słodkie – chałki, drożdżówki, więc przyznaję, że ze strachu poszłam trochę na łatwiznę. Chleb wyszedł świetnie, nieskromnie mówiąc nawet genialnie, rodzina miała mnóstwo radości i posypały się zamówienia na zaś…

Jak zrobiłam to moje małe cudo? Oto przepis:

500 g Brot-Mix Dunkel – mąka na chleb razowy

3 łyżki stołowe siemienia lnianego

2 łyżki stołowe czarnuszki

3 łyżki stołowe pestek słonecznika

2 saszetki suchych drożdży

1 łyżka stołowa cukru

¾ łyżki stołowej soli

560 ml wody ciepłej

Suche składniki mieszamy ze sobą i dolewamy ciepłą (nie zimną, nie chłodną, nie gorącą!) wodę. Ciasto mieszamy ręką aż się wyrobi. Powinno być nieco lepkie i kleiste. Przekładamy je do foremki wyłożonej papierem do pieczenia i wyrównujemy (dobrze sprawdza się łyżka moczona w zimnej wodzie). Pieczemy przez 1 h w temperaturze 230°C.

I tyle, bez maszyny do pieczenia, bez godzin wyrabiania ciasta :)

DSCF0810

Oczywiście, jeżeli macie tylko ochotę, to można dodać i inne składniki – np.: sezam czy pestki dyni.

0 523

Jak stworzyć wielkanocne śniadanie, gdy w rodzinnie mamy do czynienia z następującymi przypadkami:

  1. Typowi wszystkożercy.
  2. Wegetarianie nietolerujący glutenu.
  3. Mięsożercy nietolerujący glutenu, mleka i jaj.
  4. Weganie z nietolerancją na: jęczmień, pszenicę, żyto, kamut, orkisz, pęczak, mleko, jaja, grzyby, orzechy włoskie, orzechy pekan, orzechy laskowe, migdały, brzoskwinie, soczewica, fasola, czekolada, herbata zielona, kawa, kawa bez kofeiny, czarna herbata, mięta, kakao, piwo, kofeina, cola (uff… koniec)
  5. Chorujący na cukrzycę.
  6. Posiadający wysoki poziom trójglicerydów (powinni ograniczyć spożywanie cukru).

 

Cała ferajna przy jednym stole – pozostaje chyba tylko woda i kamienie … A jednak nie! Oto fotorelacja z mojego wielkanocnego śniadania; jak się okazuje – dla każdego coś miłego. Zapewniam, że nikt głodny od stołu nie wstał, każdy dla siebie coś znalazł i wszyscy sprawiali wrażenie mocno zadowolonych.

A oto co na stole zagościło:

DSCF0844

Tradycyjne jajka

DSCF0856

Majonez roślinny

DSCF0847

Ćwikła z chrzanem

DSCF0851-1024x768

Pasta a’la jajeczna ze szczypiorkiem

DSCF0904-1024x768

Tradycyjna sałatka jarzynowa z wegańskim majonezem i czarną solą

DSCF0859

Chleb bezglutenowy z czarnuszką, siemieniem lnianym i słonecznikiem

DSCF0834

Tzatziki

DSCF0865

Wielka micha sałaty (potocznie nazywana trawą 😉 )

DSCF0873-1024x770

Pasta z czerwonej fasoli

DSCF0877

Pasta z białej fasoli

DSCF0886

Wędliny i kiełbasa

DSCF0936

Tofurnik jagodowy

DSCF0913

Torcik orzechowo-karobowy

DSCF0945

Szarlotka z cukrem pudrem (z ksylitolu)

DSCF0951

Daktylowo-nerkowcowe kulki witariańskie z imbirem

DSCF0890

Stroik

DSCF0892

… z uroczym ptaszkiem :)

DSCF0977

A to już jajeczko znalezione podczas popołudniowego spaceru :)

0 463

Do Empiku najchętniej wchodziłabym z wózkiem zwiniętym spod Biedronki. Moja lista książek „do przeczytania” to kilkadziesiąt pozycji i od kilku lat mam prześladujące mnie niemiłe uczucie, że nie nadążam z czytaniem wydawanych nowych książek, na których z chęcią położyłabym łapki.

Jeżeli tylko mam 5 min czasu i w drodze mijam księgarnię lub antykwariat z książkami, na 95% pewne jest, że wejdę tam i sprawdzę zawartość półek. Obowiązkowy dział, nawet podczas najkrótszej wizyty, to książki kucharskie. Uwielbiam je. Wygląd, zapach, fakturę, rozmiar, zawartość – wszystko. Więc jeżeli kiedyś zobaczycie w Empiku dziewczynę siedzącą na podłodze z nosem w czymś a’la „1000 przepisów na smarowanie masłem kanapek”, to bardzo prawdopodobne, że widzicie mnie.

Książki kucharskie często traktujemy trochę inaczej niż pozostałe. Mają osobną półkę, lub są trzymane w kuchni. Charakteryzują się pięknymi zdjęciami, często dużym formatem, a ich wygląd nierzadko przypomina bardziej profesjonalny, drogi album dzieł sztuki niż spis receptur obiadowych. Są one również dość drogie, a jednak rzesze osób podobnych do mnie ciągną do nich jak ćmy do ognia.

DSCF0745

 

No i w sumie wszystko ładnie, nic tu nowego przed wami nie odkryłam, więc co się kryje pod tym dziwacznym tytułem?

Pytanie brzmi: potrzebujesz przepisu na danie obiadowe i deser, które chcesz przyrządzić na wspólny obiad ze znajomymi. Co robisz?

a)      Podchodzisz do regału ze swoją 30-częściową kolekcją książek kucharskich i szukasz przepisu.

b)      Uruchamiasz Internet i wpisujesz w wyszukiwarkę hasło „przepisy na obiad ze znajomymi”.

c)      Pytasz wśród znajomych, czy mają jakieś ciekawe przepisy, którymi mogą się podzielić.

d)     Otwierasz zeszycik/pudełko z przepisami po prababci i z wielkim namaszczeniem szukasz 100-letniej receptury, którą Twoja prababcia zdobyła serce pradziadka…

e)      Sprawdzasz, czy w szufladzie „ze wszystkim” leży jakaś ulotka z numerem do pizzerii, a w monopolowym na dole kupujesz wino.

Przypuszczam, że najwięcej odpowiedzi udzielonych to wariant b, moja własna odpowiedź też jest taka. Tylko dlaczego, skoro zarówno w domu rodzinnym jak i w mieszkaniu wynajmowanym na czas studiów książek kucharskich jest sporo? Otóż często – jak się okazuje – książki kucharskie czytam kartka po kartce, oglądam, dotykam, wyobrażam sobie, jak receptura zmienia się w gotowe danie. Szukam inspiracji, ciekawych połączeń smakowych, propozycji podania oraz sposobów dekorowania i poprawy prezentacji jedzenia. Sprawia mi to ogromną przyjemność, często jest to nawet sposób na odpoczynek. Jednak większość książek nie używam jako źródła przepisów – powód? Wielu, głównie zagranicznych kucharzy jak np. Jamie Oliver (którego jestem wielką fanką) od lat używa składników, o których często słyszę po raz pierwszy lub są poza moim zasięgiem. Sos produkowany tylko w jednym miejscu w Anglii, odpowiedni gatunek pomidorów (bo tylko one wydobędą z dania słodycz/kwaskowatość/goryczkę/itd…), trufle, oryginalne przyprawy czy konkretne wina których marki nie potrafię nawet wymówić… koniec końców zasiadam przed laptopem i szukam. A podczas wakacji najchętniej kupuję regionalne produkty zamiast pamiątek, lub proszę rodzinę/znajomych podróżujących o coś, o czym przeczytałam że jest, że istnieje i świetnie pasuje do np. sałatek i chcę to wypróbować.


DSCF0754

 

I wcale nie jest mi z tym źle! Dlaczego? Bo mogę! Bo lubię! Bo taką mam ochotę! Książki kucharskie to wielka kopalnia wiedzy, pasji i miłości.

Są pozycje tylko do posiadania, ale również i takie, z których korzystam i to regularnie. Jednak te są zazwyczaj autorstwa naszych rodaków, którzy gotując, wykorzystują produkty dostępne w Polsce. I super, takich książek mam kilka, kupiłam je specjalnie po to, aby z nich korzystać, wykorzystywać je w praktyce oraz np. poznać prawdziwą rodzimą kuchnię. Dają równie wielką przyjemność z faktu posiadania, a gdy korzystam w nich w kuchni, czuję się jak bohaterka filmu sprzed… dziesięciu lat, w zamierzchłych czasach bez Internetu (tak, kiedyś na świecie nie było Internetu, a ludzie żyli i jakoś sobie radzili!).

Dlatego wniosek brzmi: NIE OGRANICZAJ SIĘ! DOWOLNOŚĆ JEST FAJNA!

0 343

Masala czai to bardzo popularny napój indyjski. Charakteryzuje się on dodatkiem ostrych przypraw i nieziemskim aromatycznym zapachem. Wielokrotnie tej zimy serwowałam ten napój podpatrzony w jednej z katowickich restauracji. Świetnie sprawdzał się w chłody i wyjątkowo dobrze komponował z kocem, tworząc duet relaksacyjny.

Również teraz, pomimo wiosny i zdrady koca, lubię przygotować trochę czai i nie ukrywam, że głównym powodem jest fakt, że czuję się jak czarownica mieszająca magiczną miksturę w kotle…

DSCF0698-1024x841

Pada, więc pogoda sprzyja mieszaniu :), dziś podzielę się tym przepisami z Wami, chociaż zastrzegam, że nie istnieje jedna sztywna receptura tego napoju. Oczywiście są pewne obowiązkowe, bazowe składniki:

  • Mocna, czarna herbata
  • Mleko (w moim przypadku roślinne, sojowo-ryżowe)
  • Cukier, miód, melasa (u mnie odrobina miodu)
  • Przyprawy, np.: kardamon, pieprz, goździki, cynamon, imbir lub inne (u mnie pieprz czarny, cynamon, wanilia, chili w nitkach, imbir mielony)

Jak ja to robię?

W osobnym naczyniu parzę mocną, czarną herbatę. W garnku podgrzewam mleko z dodatkiem nasion wanilii, wrzucam również puste laski, aby oddały aromat i miód. Gdy mleko jest gorące dodaje pieprz czarny mielony, chili i imbir mielony. Czekam, aż się zagotuje. Uwaga aby nie wykipiało! Dodaję zaparzoną herbatę, pozwalam się napojowi jeszcze raz zagotować. Wyłączam i zostawiam garnek na gorącym palniku jeszcze na 3 min.

Wlewam napój do kubków przelewając go przez sitko. Ta-dam, gotowe!

DSCF0687

PS. Proporcje nie zostały podane, ponieważ zależą one od osobistych preferencji. Zachęcam do eksperymentowania samemu.