Zdrowie

0 506

Przedstawiam Wam nowy cykl na blogu. Malinki, czyli rodzaj wpisów, które chyba najbardziej lubię czytać na cudzych blogach. Zestawienie najciekawszych linków, na które natknął się autor bloga w ostatnim czasie. Wiele informacji, inspiracji oraz ciekawostek. Serdecznie zapraszam.

 

 

 

  • Mężczyzna na diecie, artykuł ciekawy, sama potwierdzam, że z panami praca wygląda zupełnie inaczej niż z kobietami – jest bardziej konkretna

 

  • Trochę o polskich gustach kulinarnych, o historii mówi krytyk kulinarny, Robert Makłowicz, jak to wszytko się pozmieniało… Dowód, że kuchnia również od strony historycznej jest pasjonująca

 

  • Pozytywne żywienie i zaskakujący zestaw reklam PRL, koniecznie do pooglądania. Aż trudno uwierzyć, że to prawda. Nic tylko iść i jeść CUKIER!

 

  • Myślicie, że ludzie w USA są otyli? Proponuję podnieść głowę przy mapie i przypatrzyć się wyspie w kształcie otyłego renifera – Islandii. Marchewka czy czekolada – kto by zwracała na to uwagę…

 

 

 

 

 

  • Serialowe odkrycie miesiąca – Demony da Vinci – na antenie od 2013… ja mam zawsze opóźnienie… ;p

 

0 944

Jeżeli myśleliście, że padłam z wycieczenia przez stosowanie diety dr. Dąbrowskiej to posłusznie melduję, że nic mi nie jest. Planowe dwa tygodnie diety warzywno-owocowej zaliczyłam grzecznie, a moja nieobecność jest spowodowana gorącym czasem na uczelni…

Jednak od początku.

Pierwsze dni diety to dla mnie dziwne uczucie głodu. Dziwne, bo to raczej poczucie niedosytu, niż rzeczywisty głód. Wystarczyło zjeść odrobinę czegokolwiek: marchewkę, jabłko, ogórka czy napić się herbaty, aby uczucie to zniknęło.

Najgorszy dzień to czwarty. Wtedy przyszedł opisywany w książkach kryzys. Bolała mnie głowa, dostałam dreszczy, jelita pracowały jak oszalałe a w nocy strasznie się pociłam. Dzień piąty – a po kryzysie ani śladu. Pozostałe 10 dni przebiegły spokojnie. Jedyne, na co mogę się skarżyć, to uczucie zimna. Termos z zieloną herbatą w torebce był obowiązkowy i spisał się bardzo dobrze.

Nie mogę narzekać na głód, czy monotonię posiłków. Totalnie zakochałam się w koktajlach zielonych, rozgrzewających „zupach” krem (z marchwi, pomidorów, buraków – mniam, mniam). Dużo nie gotowałam – lubię surowe owoce i warzywa; nie mam problemu z ich jedzeniem, nie brzydną mi, a duża micha świeżej sałaty wręcz działa uspokajająco. Więc i tu nie było problemu.

I co dalej?

Teraz z takiej „oczyszczaczki” trzeba wyjść. Wszystkich, którzy planują po takim maratonie w pierwszy dzień iść na pizzę zaklinam: błagam, NIERÓBCIE TEGO!

images

UWAGA – TERAZ NAJWAŻNIEJSZE!

Etapu wyjścia nie można pominąć, zignorować lub o nim zapomnieć. Nasz organizm musi stopniowo wrócić do normy, powoli będzie uruchamiał pracę enzymów, które zwolniły w wyniku stosowania postu. Okres wyjścia trwa tyle, ile trwał okres postu. Jemy mniej, dokładnie i powoli żujemy pokarmy. Stopniowo wprowadzamy brakujące produkty do menu oraz stopniowo zwiększamy ich ilość. 

Okres wychodzenia z diety (zwłaszcza pierwszy tydzień) powinien być taki, jak na diecie lekkostrawnej (tydzień, półtora). To oznacza odpowiedni dobór produktów oraz technik przyrządzania pokarmów – gotowanie na parze i wodzie, pieczenie, duszenie w sosie własnym, grill elektryczny.

Zaczynamy od przywrócenia np. reszty warzyw i owoców, gotowanych jaj, jogurtów naturalnych, past warzywnych, dalej kasz i np. pasztetów z nich, ryb, i orzechów. Wszystko jednak po kolei i nie na siłę. Jeżeli źle się czujemy to nie wprowadzamy nowych produktów, wszystko powoli, stopniowo – tak, aby sobie nie zrobić krzywdy.

Słuchajmy naszego organizmu!!!

0 552

Lato idzie, mamy szał na fit figury, zielone koktajle, spalanie, oczyszczanie, odchudzanie, ujędrnianie, i szparagi… (wszędzie są szparagi!)

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym i ja nie dołożyła jakiejś cegiełki w to całe zamieszanie. Green Heels i jedzenie to zawsze dobry duet. A z racji mojego kierunku studiów mam w zwyczaju testować różne nowinki ze świata żywieniowców, diety, produkty, mikstury… oczywiście moim królikiem doświadczalnym jestem ja sama :)

Tym razem na kuchni mamy dietę warzywno-owocową dr Dąbrowskiej. Jeżeli ktoś o niej jeszcze nie słyszał, to już spieszę z informacjami co i jak oraz dlaczego.

Ta dieta to POST, jak nazywa sama ją jej autorka. Jemy ok 500-800 kcal dziennie, zmuszając organizm do korzystania z zapasów białka i tłuszczu będących w organizmie.

Celem jest usunięcie zbędnej wody, komórek i ognisk zapalnych oraz tłuszczu i kwasu moczowego odłożonych w stawach.

Pani dr ostrzega przed pewnymi niedogodnościami w czasie „detoksu” – bóle głowy, nudności, biegunki, stany podgorączkowe, uczucie zimna, osłabienie, wysypki, poty – nie brzmi to wszystko zachęcająco, ale na pewno uczciwie, gdyż tak restrykcyjna dieta na 100% nie jest dla każdego; wymaga wstępnego przygotowania – zarówno fizycznego, jak i psychicznego.

W czym ma ona nam pomóc?

  • w ustabilizowaniu ciśnienia krwi
  • w ormalizacji poziomu cukru we krwi
  • w zahamowaniu wytwarzania wolnych rodników
  • w oczyszczeniu wątroby, złogów w stawach z toksyn
  • w zwiększeniu odporności
  • w oczyszczaniu skóry
  • w poprawieniu jakości snu

 

Dla kogo jest ta dieta? Dla chorych na:

  • astmę
  • nadwagę/otyłość
  • reumatoidalne zapalenie stawów
  • miażdżycę
  • zgagę
  • zaparcia
  • kamice nerkową
  • nadciśnienie
  • wysoki cholesterol
  • alergie
  • osłabienie odporności
  • nieżyt jelit

Pani dr w swoich książkach podaje liczne przykłady ze swojej własnej pracy z pacjentami, gdzie właśnie przy zastosowaniu tej diety pacjenci poprawili swoja jakość życia, a choroby ustąpiły lub uległy złagodzeniu.

Oczywiście nie jest to metoda lecznicza dla wszystkich. Jest rygorystyczna, ubogokaloryczna trudna, wymagająca nakładu czasu i pracy pacjenta. Dlatego istnieje również lista przeciwskazań zabraniających jej stosować. Są to:

  • lęk przed dietą, wyzwalający reakcje stresowe
  • nadczynność tarczycy
  • nowotwory, gruźlica
  • depresja
  • zaawansowana niewydolność nerek, serca, wątroby
  • ciąża i karmienie piersią
  • dzieci przed okresem dojrzewania

Skoro już było o za i o przeciw oraz nastraszyłam was postem, to czas odpowiedzieć na pytanie co jeść?

Warzywa korzeniowe – marchew, seler, buraki, chrzan, pietruszka, rzodkiew, rzepa

Warzywa liściaste – sałata, seler naciowy, zielona pietruszka, jarmuż, rzeżucha, koper, zioła

Cebulowe – cebula, por, czosnek

Psiankowate – papryka pomidor

Kapustne – kapusta biała i czerwona, włoska, pekińska, kalafior, brokuł, kalarepa

Dyniowate – dynia, kabaczek, cukinia, ogórki

Owoce – jabłka, cytryny, grejpfruty, kiwi

Przyprawy – sól, sok z cytryny, chrzan, majeranek, kminek, pietruszka, koperek, i inne zioła

Do picia – woda, herbaty owocowe, soki warzywne i owocowe o ile nie mają dodatku cukru, buliony warzywne.

Dodatkowo obowiązkowy przy diecie jest ruch, taki jak spacery czy gimnastyka. Osobiście nie wydaje mi się dobrym pomysłem wyciskanie przez 2h na siłowni codziennie podczas tej diety.

Forma jedzenia produktów? W postaci surówek, zup, duszone czy pieczone. Kategorycznie zabroniony jest nabiał, mąka, cukier, tłuszcz, ziemniaki; jak widać na spisie powyżej, dozwolone są same warzywa i owoce i też tylko wybrane. Nie ma kasz, chleba, makaronu.

Czas trwania diety? 2-6 tygodni, a po jej zakończeniu stopniowe z niej wyjście do tzw. zdrowego odżywiania.

Jak widać z opisu powyżej łatwo nie jest. Warto wcześniej przygotować się do tej diety, np. będąc na diecie łatwostrawnej. Dobrym pomysłem jest również wyszukanie przepisów, które moglibyśmy wykonać tak, aby w naszym menu nie była tylko surowa marchewka i jabłko, oraz zrobić wcześniej stosowne zakupy, aby w lodówce zawsze było coś pod ręką (bo ilość porcji i posiłków jest dowolna i zależy tylko i wyłącznie od naszego apetytu).

Nieodłącznym elementem powinno też być planowanie, co zjeść następnego dnia i takie układanie menu, aby dało się je wykonać oraz – wiadomo – przetransportować i spakować np. na uczelnię, do pracy.

Na zdjęciu u góry mój dzisiejszy barszczyk rozgrzewający. 1 dzień zaliczony, uczucia głodu brak.

c. d. n.

0 431

„Uwielbiam” to zdanie – słyszałam je chyba setki razy przez ostanie 10 lat (czyli mniej więcej od okresu gimnazjalnego). „Chcesz schudnąć – musisz przestać jeść węglowodany”, „Kanapka? A mówiłaś, że jesteś na diecie”… Ludzie, gdyby nie fakt, że siedzę w piżamie, mam mokre włosy oraz maseczkę na twarzy, to umieściłabym tutaj teraz moje zdjęcie z facepalmem, ale zaoszczędzę wam tego widoku…

Zacznijmy jednak od początku. Obrazek, z jakim często się spotykałam w przypadkach (nie jem węglowodanów) to np. koleżanki, które będąc na diecie odchudzającej wciągały kubek za kubkiem jogurtów owocowych… Inne, wybierały produkty light, serki smakowe, twarogi lub jajka w ilościach hurtowych. Ogólnie mówiąc – kiepsko.

Jogurty owocowe, serki to nie najlepszy wybór. Zawierają one wielkie pokłady cukru, konserwantów, sztucznych barwników i aromatów, a przy rzekomych owocach to one nawet w fabryce nie stały. Ba, niektóre nawet o ich istnieniu nie słyszały.

Produkty light też nie są rozwiązaniem. Owszem – te z napisem light (I TYLKO ONE! Bo fit, fitness, figura już niekoniecznie) mają obniżoną zawartość kaloryczną o min. 30% w stosunku do produktu oryginalnego. Dlaczego więc czepiam się tego dobrodziejstwa? Ano dlatego, że napis light to dla wielu synonim „wcinaj bez umiaru i kontroli”. Badania potwierdzają, że zjadamy więcej produktu, jeżeli na etykiecie umieszczono jedno z wyżej wymienionych słów, a efekt, jaki to przynosi jest odwrotny, niżbyśmy chcieli. Przypominam: krajem uwielbiającym te produkty jest USA… czyli kraj z największym problemem otyłości na świecie. Daje do myślenia?

Twarogi i jaja oczywiście są ok, jednak gdy zaczniemy jeść tylko je, to zafundujemy naszemu organizmowi jazdę bez trzymanki. Białko to cenna i niezbędna rzecz (te w przykładzie – twaróg i jaja mają dużą wartość biologiczną), ale w nadmiernych ilością potrafi wyrządzić nam dużą krzywdę. Norma to 0,8-1 g/kg masy ciała. Nadmiar obciąży naszą wątrobę, nerki, zaburzy działanie metabolizmu. Jednym słowem – nie fajnie! W tym miejscu zapytam, nieco złośliwie: słyszał ktoś kiedyś o diecie Dukana i jej skutkach…?

Czyli co? Tak źle i tak nie dobrze? Ano nie! Już wszystko wyjaśniam.

Węglowodany są nam potrzebne RÓWNIEŻ PODCZAS ODCHUDZANIA!

  • Stanowią najbardziej ekonomiczne i przyswajalne źródło energii służącej do utrzymania ciepłoty ciała, pracy narządów wewnętrznych oraz wykonywania pracy fizycznej; po przekształceniu się w glikogen mogą być magazynowane w wątrobie i mięśniach
  • Biorą udział w spalaniu tłuszczy z pożywienia
  • Stanowią materiał zapasowy w postaci tkanki tłuszczowej
  • Stanowią materiał budulcowy i strukturalny komórek
  • Działają na zmysły – biorą udział w tworzeniu smaku, barwy, konsystencji

Mam nadzieję, że ktoś przeczytał tę odę do węglowodanów, a nie tylko przewinął tekst. Co więcej – błonnik pokarmowy, o którym tyle się mówi – też jest węglowodanem!

Węglowodany to prawie 45-60% naszego dziennego zapotrzebowania energetycznego, nie możemy tego ot tak wyrzucić sobie z menu lub zamienić na coś innego. Jednak oczywiście ich jakość nie jest sobie równa.

Chleb – wybierajmy ciemny, razowy (uwaga na nadawanie koloru karmelem przez nieuczciwych producentów, czytajmy etykiety). Nie odmawiajmy sobie go. Jasne pieczywo nie da nam praktycznie nic dobrego, ot – biała, wypchana buła o przyjemnym zapachu, która już na drugi dzień przypomina… hmm… na pewno nie pieczywo. Ciemne pieczywo to energia na długi czas, błonnik wspomagający działanie układu pokarmowego, no i sytość!

Ziemniaki – ja jestem na TAK! Czy wiecie, że to niepozorne warzywo jest głównym źródłem witaminy C w diecie Polaków? Nie dlatego, że ma jej najwięcej, ale dlatego, że jemy ich aż tak dużo. Co więcej, same w sobie ziemniaki nie są kaloryczne, bo średniej wielkości ziemniak 90 g to tylko 69 kcal! Pamiętajmy jednak, aby nie podawać ziemniaków z zawiesistymi sosami, tłustymi omastami czy (brrr) skwarkami i tłuszczem spod schabowego! Bo w takiej postaci są one tuczące.

Makaron – i tutaj jest podobnie jak z kolegami z góry. Makaron ok, ale jaki? Ano ciemny, razowy, bezjajeczny. Takie są dużo bardziej wartościowe pod względem energetycznym, jak i jakościowym. Ale uwaga! Starajmy się nie rozgotowywać makaronu, a jeść go w postaci lekko twardawej (czyli al dente). Mała wskazówka – jeśli podajemy makaron z sosem, np. spaghetti, to lepiej w garnku podczas przygotowywania wymieszać trochę sosu z makronem i tak podać danie. W efekcie każda kluska zostanie powleczona sosem, a my zjemy go mniej :) .

Węglowodanami są również kasze! Gryczana, jaglana, pęczak – to świetne źródła, a wręcz kopalnie minerałów i witamin. Biją w tym na głowę makarony czy ziemniaki. Posiadają bardzo wysoką zawartość wspomnianego już błonnika pokarmowego, zaspokajają głód na długo, można je podawać na 1000 sposobów – zarówno na słodko, jak i wytrawnie. Pasują do praktycznie wszystkiego, więc przy okazji walczą z monotonią menu podczas diety odchudzającej. Są proste w przygotowaniu i nadają się do tworzenia posiłków na wynos, ponieważ również na zimno smakują bardzo dobrze.

Jeżeli więc kiedyś usłyszycie: „Odchudzam się, więc nie jem chleba, makaronu i ziemniaków” (bo sami już tego zdania przecież nie wypowiecie ;p ) to proszę Was – albo wytłumaczcie biedaczkowi, jaką sobie krzywdę robi, albo podeślijcie go mnie…

0 467

4-5 kwietnia w Łodzi – jak co roku – odbyła się największa Polska Konferencja Dietetyki; oczywiście musiałam tam być! Również jak co roku miejsce konferencji to Centrum Dydaktyczne Uniwersytetu Medycznego.

Tym razem była to moja druga w życiu konferencja PSD i drugie odwiedziny Łodzi. Miasto niestety nie zawładnęło moim sercem, może przez to, że miałam stosunkowo mało czasu na wycieczki po nim, lub przez pogodę która niestety nagle się popsuła, albo przez duży remont w centrum miasta… Jakoś tak miłość między nami nie wystrzeliła…

A wracając do konferencji – w tym roku dwa główne tematy to: żywność, a dietetyka oraz żywienie w onkologii. Dla mnie bomba!

DSCF0448

W pierwszym dniu totalnie na łopatki rozwalił mnie wykład „Nowa żywność bioaktywna o zaprogramowanych właściwościach prozdrowotnych” Prof. Józef Korczaka. Siedziałam jak oczarowana i szczerze żałuję, że niestety każdy wykład trwał tylko 30 min. Świetny również był ten „Znaczenie nutrigenomiki w dietetyce” Dr Adama Kuzdralińskiego oraz Dr Tomasza Czerneckiego.

Drugiego dnia wraz z moimi towarzyszkami jednogłośnie wybraliśmy „Żywienie drogą przewodu pokarmowego w trakcie leczenia onkologicznego” Dr Paula Ravasco (kobieta naprawdę zna się na rzeczy!).

DSCF0455

Sama konferencja wydaje się być lepiej zorganizowana niż rok temu, prace własne oraz sesja plakatowa były zdecydowanie bardziej interesujące niż ostatnio, a tematy zostały świetnie dobrane. Jak zwykle catering leżał i kwiczał (na szczęście jako przyszły dietetyk przewidziałam to i zabrałam własny obiad…); propozycje dań były mało dietetyczne, a ich ilość też pozostawała wiele do życzenia, no chyba że ktoś jest weganinem, lub nie je glutenu – wtedy pozostawało tylko powąchanie zawartości talerza sąsiada lub próba usatysfakcjonowania się ziemniakami (samymi, bo pierwszego dnia zabrakło surówek!).

DSCF0667

Jednak to drobnostka. A tak na marginesie lubię czasami się gdzieś kopnąć na konferencję, pogadać z innymi ludźmi z branży, którzy mają doświadczenie i są równie zakręceni na punkcie dietetyki co ja.

DSCF0523

Po tej konferencji koniecznie muszę zgłębić temat:

  • Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 1169/2011 z 25 października 2011 r. w sprawie przekazywania konsumentom informacji na temat żywności, które zacznie obowiązywać od 13 grudnia 2014
  • Znakowania produktów żywnościowych – wymagania i obowiązki producenta. Rozporządzenie (WE) Nr 178/2002 Parlamentu Europejskiego Rady z dnia 28 stycznia 2002 r. ustanawiającego ogólne zasady i wymagania prawa żywnościowego, powołującego Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności oraz ustanawiającego procedury w zakresie bezpieczeństwa żywności
  • Aronii
  • Żółtej herbaty
  • Soku ziemniaczanego

DSCF0519