Szkocki koszmar dietetyka zapakowany w zgrabny wielopak.

Szkocki koszmar dietetyka zapakowany w zgrabny wielopak.

0 508

Dzisiejszy post to kilka moich refleksji powstałych podczas ostatniego pobytu w Wielkiej Brytanii. Nie będzie o tuczącej, kalorycznej kuchni, ani nawet o słynnym haggis, którego skład powoduje automatyczną niechęć do jedzenia, czy też słynnym śniadanku angielskim, o którym krążą już legendy i historie z piekła rodem.

Dziś będzie o mojej wycieczce do supermarketu w Edynburgu.

Green Heels nie byłaby sobą (podobno mówienie o sobie w 3 liczbie jest przejawem geniuszu lub chorób psychicznych…) gdyby pomiędzy bieganiem od muzeum do muzeum, nabywaniem nowej garderoby, wdrapywaniem się na stary nieczynny wulkan czy czatowaniem na rodzinę królewską nie poszła zwiedzić super marketu.

Moje wyobrażenie o Wielkiej Brytanii – kraju dobrobytu, gdzie owoce i warzywa są dostępne cały rok, gdzie gotują najlepsi kucharze, gdzie obowiązuje etykieta spożywanych posiłków a jedzenie jest skarbem narodowym padło jak domek z piasku zdeptany przez zazdrosną młodszą siostrę.

DSC_0045-e1416416007360

Oto moja subiektywna lista najgorszych napotkanych rzeczy (nie napiszę jedzenia bo ja chyba bym tego do ust nie włożyła):

  1. Parówki w puszkach i w słoikach od razu gotowe do spożycia. Nie wiem jak Wy ale mnie to maksymalnie obrzydza.
  2. Puszkowany makaron z serem/ spaghetti. Przygotowanie makaronu z serem lub podstawowego sosu pomidorowego to kwestia 15-20 minut, poziom trudności gotowania: dziecinnie prosty, jak można więc jeść jakieś obrzydlistwo z puszki gdzie na etykiecie jest więcej konserwantów niż znajomych nazw produktów spożywczych?
  3. Dalej krążymy w temacie makaronów. GOTOWANY MAKARON gotowy do spożycia!! Chyba jest to najbardziej niezrozumiała przeze mnie pozycja. Czas gotowania makaronu wynosi ok 9min, jak trzeba być leniwym czy też upośledzonym kuchennie aby kupować gotowy ugotowany makaron w worku i trzymać go w lodowce? Ja wiem, czas to pieniądz, szybkie życie, dużo stresu, brak czasu bla, bla, bla ale dla mnie to przegięcie.
  4. Pieczywo. Ten punkt pewnie zaskoczeniem nie jest. Przed wyjazdem słyszałam, że w Anglii i Szkocji je się chleb tostowy, który jest białą gąbką, z tym większą ciekawością zahaczyłam o dział z pieczywem. Moim oczom ukazał się samotny, mały stojak z bułkami i kilkoma bochenkami, jasnymi, w jednym rodzaju dość nienaturalnie błyszczącymi. Obok standardowej długości alejka, zapełniona po obu stronach słynnymi gąbkami. Firm i rodzajów nie doliczyłam, za szybko się znudziłam, jednak skala oraz ilość mnie rozwaliła na łopatki. Ja wiedziałam, ale że aż tak…
  5. Tytułowe wielopaki. Przyznam, że w pewnym momencie zgłupiałam. Ja jestem w markecie czy w hurtowni? Wszystko było w wielopakach, szczególnie rzeczy z kategorii słodycze, łakocie i przekąski. W pewnym momencie nawet postanowiłam się pobawić i zaciętością 5-latki szukałam tego najliczniejszego. Nie było trudno. Ciężko przeoczyć coś co sięga człowiekowi DO BIODRA – 24-pak chipsów znanej marki. Bez komentarza, to mnie przerosło.

DSC_0044-1024x576

A na koniec pojawił się motyw wszystkim pewnie dobrze znany z Polskich półek sklepowych:

DSC_0042-1024x576

DSC_0043

SIMILAR ARTICLES